Newsfeed

Drozdek: potrzeba mechanizmów, które pozwolą odbudować podmiotowość społeczną warstw wykluczonych

Drozdek: potrzeba mechanizmów, które pozwolą odbudować podmiotowość społeczną warstw wykluczonych
Publication date
calendar 16 October 2020
Author
calendar Team KIPR

In brief

  • Pierwszym zadaniem ewentualnych działań na rzecz stworzenia ram prawnych dialogu obywatelskiego w Polsce jest powołanie zespołu odpowiedzialnego za metodologiczne przygotowanie dialogu.
  • Zawężenie Rady do spraw związanych ze społeczną konsultacją bieżącego ustawodawstwa i decyzji organów władzy, może, jeżeli nie będzie to działanie pozorne, poprawić standardy naszej demokracji. Nie zbuduje jednak jej podstaw w postaci instytucji włączających redukujących skutecznie wykluczenie generowane przez postkolonialne (postkomunistyczne) instytucje, a tylko to może stworzyć podstawy do trwałego rozwoju.
  • Dla podniesienia rangi dialogu obywatelskiego oraz uniknięcia pokusy tworzenia obyczaju działań pozornych, stałe przewodnictwo Rady Dialogu Obywatelskiego należałoby powierzyć Pierwszemu Obywatelowi Rzeczypospolitej

Debata na temat dialogu obywatelskiego w Polsce może stać się okazją do zmian ustrojowych. Pozostawienie jej na poziomie sugerowanego przez Unię Europejską dalszego doskonalenia demokracji i szukania rozwiązań prawnych, które spowodować mają, że sam dialog przestanie być fikcją, to plan minimum. Warto pokusić się o wizję działań śmielszych.

Nauki o zarządzaniu opisują zjawisko „zużywania się instytucji”, zaś politologowie zwracają uwagę na istnienie tzw. „momentu konstytucyjnego”, który pozwala na przełamanie owego zużycia, na odnowienie instytucji, uczynienia ich znowu wydolnymi.

Niewątpliwie stan demokracji zarówno w UE, jak i w Rzeczypospolitej, wykazuje pewne cechy zużycia, niefunkcjonalności, rutyny oraz opisywanych przez ekspertów pozorności niektórych działań i instytucji. Stąd często podnoszona jest potrzeba debaty nad odnowieniem instytucji. Doświadczenia wielu krajów pokazują, że takie odnowienie przynosi najlepsze skutki, jeżeli odbywa się w szerokim i dobrze przygotowanym dialogu obywatelskim, a nie tylko w zamkniętym gronie urzędników i ekspertów. Badania nad zarządzaniem wskazują bowiem, że najtrafniejsze decyzje podejmują gremia zróżnicowane, reprezentujące różne punkty widzenia, doświadczenia i interesy. Szczególnie jeżeli przygotowywane rozwiązania i podejmowane decyzje ich dotyczą. Wówczas większe jest zaangażowanie, łatwiej o dostrzeżenie istoty problemów,  krytycyzm zaś jest wyostrzony.

Istotne jest też uchwycenie momentu, w którym zmiany mogą być sprawnie i skutecznie przeprowadzone. Czasami eksperci opisują przez lata dysfunkcjonalność pewnych instytucji, wszyscy wiedzą na czym ona polega, ale nic z tym nie można zrobić. Ludzie i grupy znajdują sobie pracowicie jakieś miejsce, wyrabiają sobie jakąś pozycję w takim czy innym ładzie (czy uk-ładzie) tych instytucji, w i ich strukturze i praktyce codziennego funkcjonowania. Ewentualne zmiany grożą utratą tak wypracowanych pozycji. Wysiłki dostosowywania zasad faktycznych do zasad założonych, w takich sytuacjach przybierają często charakter fasadowy, pozorny, przyczyniając się do powstawania demoralizującej fikcji. W polskiej sytuacji dość dobrze są już przez socjologię opisane elementy fasadowości demokracji i pozornego wymiaru dialogu obywatelskiego. Powstaje dużo uczonych prac o niewydolności instytucjonalnej państwa i mnożą się próby naprawy, które na ogół nie działają. W ocenie ekspertów np. administracja publiczna jest tym sektorem, który od 1989 roku zmienił się najmniej. A przecież to nie jedyna struktura wymagająca remontu. Niewiele można z tym zrobić działaniami rutynowymi. Potrzebne są zmiany bardziej zasadnicze, których przeprowadzenie w zwykłych warunkach może być bardzo praco- i czasochłonne, albo w ogóle nie możliwe.

Warunkiem więc skuteczności takich wysiłków, poza dobrym przygotowaniem i determinacją, jest wystąpienie właśnie „momentu konstytucyjnego”, czyli takiego ułożenia spraw społecznych i wydarzeń, które otwiera możliwość zmian zasadniczych, a nie tylko kosmetycznych. Warunki do zmiany może tworzyć jakieś znaczące poruszenie społeczne. Najczęściej taki moment to okres wychodzenia z kryzysu generującego niezadowolenie, a nawet pewien bunt społeczny. Stąd znane od lat przekonanie, że to właśnie kryzysy stwarzają wyzwania pozwalające przełamywać bezwładność instytucji. Nie tylko dlatego, że ujawniają słabości. Odsłaniają też czas dogodny do przeprowadzania zmian, powodują elastyczność struktur, zrozumienie ludzi i grup dla konieczności przemian, podnoszą gotowość do ryzyka, przez to gotowość do ich faktycznego przeprowadzenia i przyjęcia, a nie tylko symulowania.

Takim kryzysem umożliwiającym naprawę spraw polskich (nie tylko polskich zresztą) może stać się załamanie gospodarcze spowodowane pandemią.

Nie wiemy jeszcze jak długo potrwa sama pandemia, nie wiemy czy nie będzie miała drugiej, silniejszej fazy, ale wiele wskazuje na to, że proces wychodzenia z gospodarczych i społecznych skutków pandemii będzie wiązał się z nowym podziałem wpływów gospodarczych i politycznych na świecie, że te narody, które znajdą drogę skuteczniejszej modernizacji swoich instytucji, zwiększą swoje szanse na zajęcie w tym nowym rozdaniu korzystniejszego miejsca.

W takiej sytuacji koncentracja dialogu obywatelskiego wokół tylko wyznaczonych przez Unię terenów, takich jak proces konsultacji przygotowywanych ustaw, innych aktów prawnych i decyzji politycznych oraz swoisty outsourcing, czyli anglosaski zwyczaj przekazywania organizacjom społecznym pewnych kompetencji administracji publicznej, choć potrzebne, mogą okazać się niewystarczające. Brak wykorzystania okazji, jaką jest rozwijający się moment konstytucyjny, dla poszerzenia zakresu dialogu obywatelskiego może nie tylko stać się straconą szansą, ale może też przyczynić się do zaistnienia w „otwartym okienku przemian”, zmian nie koniecznie korzystnych, bo wywołanych bezwładnością procesów i zmieniających się układów sił, a nie planowymi działaniami zmierzającymi do stworzenia instytucji najlepiej realizujących potrzeby społeczne.

Do tego drugiego potrzebny jest zorganizowany i świadomy wysiłek. Potrzebne jest wypracowanie najpierw metody samej debaty i zarysowania jej właściwego celu i zakresu. Debata prowadzona dla samej debaty lub ograniczona do celów minimalnych, nie zawsze potrafi skutecznie zogniskować zaangażowania stron i prowadzić do trafnych konkluzji.

Pierwszym więc zadaniem ewentualnych działań na rzecz stworzenia ram prawnych dialogu obywatelskiego w Polsce jest powołanie zespołu odpowiedzialnego za metodologiczne przygotowanie dialogu. W różnych oczywiście wymiarach. Zarówno dialogu stałego, wkomponowanego na trwałe w instytucjonalne funkcjonowanie demokracji polskiej, jak i tego dialogu, który wykorzystując nadchodzący „moment konstytucyjny”, podejmie wysiłek zasadniczego remontu polskich instytucji. Taka ramowa metodologia dialogu, w różnych wariantach, winna zawierać sposób określenia celu debaty, jej zakres i elastyczność, siłę i gwarancje ustaleń, sposób późniejszego monitoringu realizacji ustaleń itp.

Bardzo istotnym czynnikiem mobilizującym do wykorzystania dziś pojawiającego się momentu konstytucyjnego jest duże prawdopodobieństwo, że może to być jedna z ostatnich okazji do świadomej modernizacji polskich instytucji w najbliższych dziesięcioleciach. Społeczeństwo polskie jest jednym z najszybciej starzejących się narodów Europy. Ciągle jeszcze średnia wieku u nas jest niższa niż na Zachodzie, ale tylko dlatego, że oni starzeć się zaczęli wcześniej, a u nas kryzys narodzin rozpoczął się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po odzyskaniu niepodległości. Ostatni polski wyż demograficzny jest w tej chwili w sile wieku (30-40 lat), poprzedni, ten z lat pięćdziesiątych, przechodzi powoli na emeryturę. Niedługo należeć będziemy do najstarszych społeczeństw w Europie. Nie jest zaś tajemnicą, że czym stajemy się starsi, tym trudniej przyjmujemy wszelkie zmiany.

Jeżeli kolejny kryzys wywoła niezadowolenie społeczne za kilka lat, odsetek ludzi młodych będzie już tak mały, że nie będzie miał kto zmian modernizacyjnych przeprowadzić.

Zwykle wszelkie rewolucje realizowane są przez wchodzące w dorosłe życie wyże demograficzne.

Często czujemy się uspokojeni faktem, że od 1992 roku tempo przyrostu PKB w Polsce należy do najszybszych w Europie i w dalszym ciągu utrzymujemy się pod tym względem w czołówce. Tego trendu nie da się niestety w prosty sposób dalej ekstrapolować na kolejne, nadchodzące lata. Czynniki powodujące dotychczasowy sukces rozwojowy zdają się obecnie wyczerpywać. Bez zasadniczych zmian możemy nie dać rady.

1.           Dynamiczny wzrost gospodarczy ostatnich trzech dekad opierał się w głównej mierze na uwolnieniu indywidualnej zaradności Polaków. Na pewnym jednak etapie rozwoju kapitalizmu nie wystarcza zaradność indywidualna, zaczynają decydować czynniki instytucjonalne. Dalszy rozwój warunkowany jest istnieniem odpowiednego poziomu kapitału społecznego i kultury organizacyjnej zapewniającej konkurencyjność gospodarki. Tymczasem konkurencyjność naszej gospodarki i składające się na nią czynniki takie jak innowacyjność, wydajność pracy, wysokości wynagrodzenia, wydolności instytucji państwowych czy poziom kapitału społecznego, ciągle kwalifikowane są w końcówkach rankingów europejskich. To pozostałości mentalne i instytucjonalne m.in. tzw. naukowej organizacji pracy stosowanej w gospodarce socjalistycznej. Potrzebne są zmiany instytucjonalne, sięgające kultury organizacyjnej.

2.           Zmieniają się wymogi światowej konkurencyjności. Dynamiczny rozwój technologiczny, szczególnie technologii komunikacyjnych, powoduje procesy globalizacyjne zbliżające do siebie odległe geograficznie rynki. Rozwój gospodarek wschodzących powoduje pojawianie się na międzynarodowych rynkach coraz większej liczby konkurujących graczy. W rezultacie zmiany i nowe wyzwania pojawiają się coraz częściej, w coraz bardziej zaskakujący sposób. Wygrywa już nie ten, który za zmianami nadąża, ale ten, który zmiany potrafi wyprzedzać. Warunkiem sukcesu jest posiadanie kreatywnej, elastycznej, gotowej na zmiany, kultury organizacyjnej. To jest niestety słaba strona naszej gospodarki, zarządzanej z nawyku nakazowo, wg XX wiecznych, utrwalonych przez komunizm, wzorów. To wymaga zasadniczej modernizacji, trudnej, a może niemożliwej, bez szerokiego dialogu obywatelskiego.

3.           Przez ostatnie dwie dekady intensywny rozwój na tle Europy zachodniej zawdzięczaliśmy m.in. przewadze demograficznej. Tam na ogół aktywny zawodowo był tylko jeden wyż demograficzny, z lat sześćdziesiątych. Nasz rozwój dźwigany był w tym czasie przez dwa wyże demograficzne, z lat pięćdziesiątych i z lat osiemdziesiątych. To dawało nam dużą przewagę. Za parę lat ta sytuacja zmieni się radykalnie. Następować będzie gwałtowne starzenie się naszego społeczeństwa, stawać się będziemy nieuchronnie jednym ze społeczeństw najstarszych. Co za tym idzie słabnąć będzie nie tylko niezbędna w dobie globalizacji gotowość do zmian, zaangażowanie i kreatywność, ale także narastać będzie obciążenie demograficzne osób aktywnych zawodowo, które będą utrzymywały coraz większy odsetek emerytów. Rosnąć też będą same koszty opieki i utrzymania emerytów, których będzie nie tylko proporcjonalnie coraz więcej, ale – dzięki wzrostowi średniej długości życia – będą to osoby coraz starsze, potrzebujące intensywniejszej opieki.

Ekonomiści obserwują wyraźne spowolnienie tempa rozwoju starzejących się społeczeństw. Uniknąć tego procesu nie sposób, można natomiast redukować jego niedobre skutki przez wcześniejsze, świadome tworzenie instytucji i kultury organizacyjnej bardziej dynamicznych, potrafiących wykorzystać twórczy potencjał jak największej części obywateli. Kultura organizacyjna starzejących się narodów, takich jak np. Japonia czy niektóre kraje Europy Zachodniej, osiągnęła odpowiednio wcześniej wysoki stopień elastyczności, innowacyjności, wydolności, żeby proces starzenia się społeczeństwa nie wywołał tam załamania. U nas tego brakuje. Jesteśmy też ciągle narodem od tamtych biedniejszym, a mimo to dynamizm starzenia się jest u nas większy. Jeżeli nic z tym nie zrobimy to za parę lat zamiast oczekiwanych powrotów z emigracji, rozpocznie się proces masowych wyjazdów ludzi młodych, dynamicznych do krajów bogatszych, które dzięki partycypacyjnej kulturze organizacyjnej lepiej będą sobie radzić nawet przy spadku dynamiki i otwartości na zmiany wynikających z młodości.

Patriotyzm więc, troska o losy Polski za kilka, za kilkadziesiąt lat, niepokój o przyszłe pokolenia, które albo wyjadą na emigrację, albo żyć będą w kraju biednym, stanowiącym zaplecze siły roboczej dla innych, wymaga podjęcia teraz działań zdecydowanych. Wymaga poszukiwania, najlepiej przez dialog obywatelski, metody na skuteczną modernizację instytucji i kultury organizacyjnej tak, by mogły zapewnić stabilny wzrost gospodarczy i społeczny w czasach trudnych.

Współczesna ekonomia instytucjonalna zwraca uwagę, że najbardziej stabilny rozwój gwarantują narodom instytucje inkluzywne, włączające. Cóż to znaczy? Najprościej to wytłumaczyć przez opis sytuacji przeciwnej. Instytucje wówczas są wyłączające, kiedy logika ich funkcjonowania powoduje podział obywateli na grupy uprzywilejowane, kontrolujące większość narzędzi wpływu oraz grupy wykluczone, wyzyskiwane, które tego wpływu są pozbawione. Instytucje włączające nie zakładają oczywiście zupełnej równości, bo to utopia, ale zakładają możliwie maksymalne uczestnictwo, włączenie wszystkich osób i grup, którego gwarantem jest dostęp do narzędzi wpływu, rozwoju i awansu.

Najważniejszym narzędziem wpływu jest rozwinięta, autonomiczna struktura społeczna, przez którą obywatele i ich grupy realizują swoje aspiracje i wartości.

Każde zniewolenie społeczne, czyli budowanie instytucji wykluczających, zaczyna się od niszczenia autonomicznej struktury społecznej i zastępowania jej strukturą przez zniewalających kontrolowaną.

Najłatwiej rządzić wyzyskująco społecznościami rozproszonymi, pozbawionymi tkanki społecznej, czyli sieci naturalnych wspólnot oraz instytucji, przez które te wspólnoty się wyrażają stanowiących właśnie autonomiczną strukturę społeczną, z najważniejszą w niej – instytucją przywództwa. Dlatego najbardziej atakowane bywa przez grupy uprzywilejowane przywództwo wykluczonych grup społecznych próbujące budować więzi społeczne, ośrodki opiniotwórcze i edukacyjne, kanały rozpowszechniania informacji i ocen oraz inne instytucjonalne narzędzia zapewniające podmiotowość grup i osób wykluczonych, zmarginalizowanych, wyrażania ich potrzeb, aspiracji, wartości.

Kiedy więc postępowe ideologie z Zachodu i Wschodu napadły na Polskę w połowie światłego XX wieku, chcąc zniszczyć naszą podmiotowość i tożsamość, pozbawić nas wpływu i możliwości realizacji własnych celów, a uczynić z nas rezerwuar bezmyślnej, zniewolonej siły roboczej lub legion janczarów służących obcej sprawie, zaczęto od demontażu naturalnej struktury społecznej, mordowania przedstawicieli warstwy przywódczej, pozbawiania nas własnych, wyrażających nasze wartości i naszą tradycję ośrodków kształtowania i upowszechniania opinii, instytucji i środowisk służących edukacji, rozwojowi intelektualnemu, naukowemu i artystycznemu, stowarzyszeń grupujących ludzi przywiązanych do wartości tradycyjnych, utrudniających wprowadzanie ideologii. Najwięcej ofiar II Wojny Światowej wśród Polaków, poza oczywistym dramatem Ludności Żydowskiej i Romów, stanowiły osoby wykształcone, obdarzone autorytetem, zajmujące kluczowe pozycje w strukturze społecznej. Wg poważnych szacunków historycznych, już po zakończeniu wojny, władze stalinowskie w naszym kraju, świadomie i celowo wymordowały ok. ćwierć miliona Polaków. To nie byli głównie, jak nam się dziś wydaje, Żołnierze Wyklęci czy otwarci przeciwnicy komunizmu. Ci też oczywiście, ale liczba ofiar jest za wielka. Celowano przede wszystkim w autorytety stanowiące zworniki struktury społecznej, w osoby obdarzone naturalnym autorytetem, na opinię których orientowali się Polacy w różnych sprawach, nie tylko politycznych. Chodziło o zniszczenie warstwy będącej nośnikiem tradycji i tożsamości narodowej, chodziło o pozbawienie nas szeroko rozumianego przywództwa, chodziło o uczynienie z Polaków narodu pasywnego, biernego, nie potrafiącego stawiać sobie celów i ich skutecznie realizować, nie wierzącego, że to potrafi, że może mieć wpływ, może własnym, zorganizowanym wysiłkiem zmieniać rzeczywistość.

Po latach taka z istoty niewolnicza postawa nazwana została „homo sovieticus”. Nie ma co udawać, że nie widzimy jej na co dzień wśród nas. Dziś często dziwimy się słabemu poziomowi zaufania do instytucji, niskiemu poczuciu bycia reprezentowanym, które wyraża w sondażach przede wszystkim przywiązana do tradycji część społeczeństwa, deficytu tego, co ekonomiści nazywają kapitałem społecznym, nieumiejętności i niechęci do podejmowania działań zbiorowych wyrażających coś więcej niż protest i niezadowolenie. Wysiłki zbrodniarzy sprzed lat nie mogły nie pozostawić głębokiego śladu, nawet po trzech dekadach od upadku komunizmu. Skutki systemu zniewolenia, tak jak zawsze i wszędzie na świecie gdzie on był tworzony, mocno utkwiły w nawykach kulturowych i reprodukującej się logice instytucji, a co za tym idzie w układzie sił i możliwości sprawczych poszczególnych grup społecznych.

To nie znaczy jednak, że nie można sobie z tym poradzić. Są narody, które potrafiły taką destrukcyjną spuściznę przezwyciężyć. Główne czynniki, które wg światowej literatury sprzyjają demokracji, są natury duchowej i materialnej. Z jednej strony będzie to kultura chrześcijańska, promująca godność każdej osoby ludzkiej, oraz przykazanie miłości budujące solidarność i wspólnotę. Z drugiej strony szanse demokracji, a więc instytucji podnoszących podmiotowość wszystkich obywateli, wzrastają wraz z bogaceniem się ludzi. To oczywiście pewne uproszczenie, wartości demokratyczne mogą znaleźć bowiem także oparcie w innych tradycjach kulturowych, podobnie nie zawsze bogacenie działa na rzecz demokracji automatycznie, ale na pewno te czynniki należą do głównych wektorów sprzyjających wspólnotom partnerskim i partycypacyjnym, czyli takim, w których demokracja nie jest fasadowa.

Ponieważ Polska, mimo bardzo dużych destrukcyjnych pozostałości po okresie zniewolenia, oboma tym czynnikami obecnie raczej dysponuje, to wykorzystanie ich do zbudowania sprawnych i wydolnych instytucji, potrafiących pobudzić i dla dobra wspólnego wykorzystać twórcze zaangażowanie obywateli, wydaje się być i koniecznością i obowiązkiem naszego pokolenia.

Charakterystyczną dla ustrojów postkolonialnych i postkomunistycznych dominację uprzywilejowanych grup interesu, można przełamać upowszechniając dostęp do społecznych narzędzi wpływu i rozwoju. Takie powinno stać się jedno z pierwszych zadań dialogu obywatelskiego, a dostępność tych narzędzi dla wszystkich grup społecznych, także dziś wykluczonych, należy ustawić jako podstawowe kryterium budowania sprawnego, partnerskiego i włączającego państwa. Nauki społeczne zwracają uwagę na dwa, z pozoru przeciwstawne, zagrożenia dla takiego państwa.

Pierwsze, bardziej oczywiste, zagrożenie łączy się z władzą autorytarną, która chcąc niepodzielnie sprawować rządy, dąży do wyeliminowania wpływu oddolnie zorganizowanego społeczeństwa. Będzie to z reguły każda władza narzucona z zewnątrz, powstała np. w wyniku różnorakich podbojów czy dominacji zewnętrznych metropolii w stosunku do uzależnionego społeczeństwa. Struktura aparatu władzy budowana będzie w takich sytuacjach z założenia na osobach i grupach wyalienowanych, nie stanowiących naturalnej warstwy przywódczej narodu. Urzędnicy takiej struktury muszą bowiem szukać oparcia w „zamorskiej metropolii”, nie mając go wśród obywateli, których sprawami kierują. Takie systemy z istoty są wykluczające, więc nie mogą być na dłuższą metę wydolne i sprawne, sprzyjające stabilnemu rozwojowi. Obie bowiem warstwy społeczne – zarówno ta wykluczająca, jak i ta wykluczana – nie mogą koncentrować się na właściwych celach swojej pracy, czyli zaangażowaniu w twórczy rozwojów społeczny i gospodarczy. Pierwsi zawdzięczając swoją pozycję i dochody przewadze instytucjonalnej i wyzyskowi, będą się więc koncentrowali na utrzymaniu takiego układu i czerpaniu korzyści z odpowiedniego w nim usytuowania. Drudzy pracując nie dla siebie, będą pracowali z natury mniej wydajnie i twórczo, w myśl starej zasady, że „z niewolnika nie masz pracownika”. Zasadę tę potwierdzają współczesne badania nad pracą wskazujące, że najbardziej skutecznym demotywatorem jest poczucie niesprawiedliwego potraktowania.

Drugie zagrożenie  – z pozoru przeciwne – polega na braku silnej władzy centralnej. To zjawisko nazywane w skrajnych przypadkach „państwem upadłym” występuje często na obszarach, które kiedyś były w jakiś autorytarny sposób zniewolone, przez co zanikła, albo nie powstała tam naturalna, autonomiczna struktura społeczna, istnieją natomiast pozostałości odgórnych struktur zniewolenia, w postaci uprzywilejowanych grup, które z natury koncentrują się na wyzysku zatomizowanego społeczeństwa. To przeważnie zjawisko paraliżujące w różnym stopniu szanse rozwojowe krajów postkolonialnych. Paweł VI nazywał je w odniesieniu do Ameryki Łacińskiej „strukturami grzechu”. Często zdarza się, że pod pozorem istnienia demokracji parlamentarnej, wolnego rynku i praworządności, faktycznie o wszystkim decydują najbardziej wpływowe grupy interesu, wykorzystujące swoją uprzywilejowaną pozycję do wyzysku rozproszonej i przez to wykluczonej większości społecznej. Wpływ tych grup na politykę nazywany bywa władzą oligarchii. Nam najlepiej znane są tego rodzaju zjawiska z „republiki jelcynowskiej” oraz różnych podobnych systemów w innych krajach postsowieckich, głównie na Ukrainie.

Takie struktury grzechu bywa, że trwają przez wiele pokoleń, zmieniając tylko dominujące grupy – raz będzie to aparat państwa autorytarnego,  kiedy indziej, przy braku sprawczości władzy centralnej, dominować będą uprzywilejowane grupy oligarchiczne. Po wyzwoleniu spod obcej zależności, jeżeli społeczeństwo jest słabe i rozproszone, to aparat przemocy, nierzadko uzupełniony o znaczącą część działaczy ruchu narodowo-wyzwoleńczego, staje się najbardziej wpływową warstwą zachowując z reguły pozycję uprzywilejowaną i kontrolę nad najważniejszymi narzędziami wpływu. Następuje zjawisko nazwane przez Acemoglu i Robinsona błędnym kołem. Polega ono na przechodzeniu z jednego systemu wyzyskującego, do drugiego. W historii Rosji np. (skrótowo) była to dominacja złych bojarów lub dobrego cara. Kiedy bojarzy (jak za Jelcyna) pod pozorem wolności i praworządności, nadużywali swojej pozycji wyzyskując prosty lud, w obronie ludu stawał dobry car i przegoniwszy złych bojarów, zastępował ich własnym aparatem władzy (jak Putin). Tyle, że lud pozostawał nadal pozbawiony narzędzi wpływu, a wyzyskiwany był od tego momentu przez inną grupę. Takie błędne koło zastępowania systemu oligarchicznego, autorytarną dyktaturą i odwrotnie, kiedy pada dyktatura i zastępuje ją powracająca oligarchia, często przez wiele pokoleń uniemożliwia zbudowanie zniewolonym narodom własnego państwa. Choć formalnie panowały tam niepodległość, demokracja, wolny rynek i praworządność.

Przerwanie pułapki błędnego koła możliwe jest albo przez dobrze przygotowaną i mądrze przeprowadzoną rewolucję, ale to ryzykowne przedsięwzięcie, albo dzięki świadomemu przygotowaniu się i wykorzystaniu momentu konstytucyjnego, dla zbudowania takich mechanizmów, które pozwolą odbudować faktyczną podmiotowość społeczną warstw wykluczonych.

Bez faktycznego włączenia do gry tych, którzy są wykluczeni, sukces rozwojowy może być tylko czasowy, związany z wykorzystaniem zasobów, których użycie było dotąd paraliżowane przez stronę dominującą. Trwały rozwój dają struktury i instytucje włączające, partnerskie, zapewniające powszechną partycypację obywatelską.

Polska być może nie jest krajem, w którym postkolonialny system wykluczający jest najsilniejszy i ma cechy najbardziej trwałe. Ale niewątpliwie w jakimś zakresie istnieje i może osłabić nasze szanse rozwojowe na przyszłość. Dowodem jest ostrość sporu politycznego, którego stawką nie jest tylko sprawowanie władzy przez następne cztery lata. Obie strony wiedzą, że chodzi o wyrwanie naszego kraju z systemu dominacji grup uprzywilejowanych. Analiza mechanizmu powstania tego systemu, jego funkcjonowania i działań mający go podtrzymywać, to jedno z ważnych zadań otwierających drogę do zmian. Drugie to postawienie w publicznej debacie pytania o zagrożenia stojące przed rozwojem Polski, oraz co się stanie jeżeli nic z nimi nie zrobimy. Następnie – jak to zrobić? Jak odbudować zniszczoną przez komunizm naturalną strukturę społeczną, szczególnie w tych warstwach społecznych, które odwołują się do wartości tradycyjnych, które stanowią kontynuację tożsamości wspólnoty narodowej. To zadania trudne, wymagające planu i narzędzi instytucjonalnych.

Znakomitym właśnie narzędziem instytucjonalnym mogącym służyć takim działaniom, choć nie jedynym, może stać się debata nad powołaniem Rady Dialogu Obywatelskiego, a potem sama Rada.

Zawężenie Rady do spraw związanych ze społeczną konsultacją bieżącego ustawodawstwa i decyzji organów władzy, może, jeżeli nie będzie to działanie pozorne, poprawić standardy naszej demokracji. Nie zbuduje jednak jej podstaw w postaci instytucji włączających redukujących skutecznie wykluczenie generowane przez postkolonialne (postkomunistyczne) instytucje, a tylko to może stworzyć podstawy do trwałego rozwoju.

Samo skopiowanie zadań dialogu obywatelskiego wypracowanych przez demokracje działające w innych warunkach instytucjonalnych (na Zachodzie), nie wystarczy w naszych okolicznościach. Zadania dialogu obywatelskiego w naszym kraju muszą bowiem być wyznaczone przez warunki i wyzwania stojące przed nami, a te różnią się od wpływających na potrzebne ramy dialogu obywatelskiego w krajach, które dużo dłużej same budowały instytucje od początku według własnych potrzeb i nie muszą borykać się z kulturową i instytucjonalną spuścizną obcego zniewolenia. To zupełnie inne doświadczenie, dlatego często w tamtych krajach trudno o zrozumienie dla naszych działań.

Rada Dialogu Obywatelskiego powinna więc w Polsce stać się nie tylko forum rutynowych konsultacji, ale stałym narzędziem udziału zorganizowanych środowisk społecznych w procesie poszukiwania rozwiązań ustrojowych, instytucjonalnych i kulturowych zapewniających państwu polskiemu warunki do trwałego rozwoju.

Może więc ze względu na swoją istotę stać się najważniejszym elementem budowania społeczeństwa partnerskiego, Naród bowiem, rozumiany jako ogół obywateli, jest według Konstytucji władzą zwierzchnią w Rzeczypospolitej Polskiej.

Moment najpierw przystosowywania instytucji do radzenia sobie w kryzysie pandemicznym, a potem wychodzenia z tego kryzysu, jest szansą, może jedyną w najbliższych latach, na wprowadzenie instytucji odważnej i dynamicznej, przekraczającej rutynę wypracowaną w narodach od nas może bardziej doświadczonych, ale posiadających doświadczenie od naszego jednak mocno się różniące.

Dla podniesienia rangi dialogu obywatelskiego oraz uniknięcia pokusy tworzenia obyczaju działań pozornych, stałe przewodnictwo Rady Dialogu OBYWATELSKIEGO należałoby powierzyć Pierwszemu Obywatelowi Rzeczypospolitej, który roboczo mógłby go sprawować za pośrednictwem np. którego ze swoich ministrów.

Byłoby to praktyczna realizacja art. 126 ust. 2 Konstytucji RP, który zobowiązuje Prezydenta do czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji. Do strzeżenia szczegółowych artykułów Konstytucji wystarczą Prezydentowi sądy i trybunały. W czuwaniu zaś nad prawidłową realizacją zapisów preambuły i artykułów kierunkowych zawartych w rozdz. I, powinien być pan Prezydent wsparty przez kompetentny dialog obywatelski, który próbowałby sięgać do opinii Suwerena (art. 4 ust. 1). Warunki do takiego, rzetelnego dialogu, powinna tworzyć nawa Rada, a gwarantem rzetelności tych warunków winien być jej Przewodniczący. Jednym np. z podstawowych pytań, które winno stanąć przed Radą jest praktyczna możliwość rzetelnej realizacji art. 4. ust. 1. Konstytucji, mówiącego o tym, że władza zwierzchnia w RP należy do narodu, podczas gdy wiadomo z badań, że większa część narodu pozbawiona jest narzędzi wpływu przez będące skutkiem zniewolenia rozproszenie i brak autonomicznej struktury społecznej. Stan, w którym państwo polskie nie realizuje praktycznie tak zasadniczego postanowienia Konstytucji, łatwy do stwierdzenia przez badania społeczne, wymaga zaangażowania ze strony osoby, której powierzono pieczę nad przestrzeganiem Konstytucji.

Takie cele i usytuowanie Rady Dialogu Obywatelskiego czynią z niej instytucję mającą znaczenie dla kształtowania ustroju Rzeczypospolitej, zbliżania jego praktycznego funkcjonowania do założeń ustrojowych opisanych w Konstytucji.

Otwiera też drogę do tworzenia społeczeństwa partnerskiego, które łatwiej może sobie poradzić z nadchodzącymi poważnymi wyzwaniami rozwojowymi. Doświadczenia tzw. cudów rozwojowych w innych krajach, wskazują, że takie momenty przełomowe przygotowane były najczęściej przez rodzaj szerokiego dialogu społecznego czy obywatelskiego, który wypracował zmiany ustrojowe i kulturowe włączające te warstwy społeczne, które dotąd bywały wyłączone i bierne. Szanse powodzenia takiego dialogu zwiększa oparcie docelowego modelu i samego procesu poszukiwania na zakorzenionej w społeczeństwie, powszechnie zrozumiałej aksjologii, na poczuciu wyrastającej z dziejów i wspólnych losów tożsamości wspólnotowej, a także na wierze, że nie musimy innych naśladować, bo odwołanie się do własnych kompetencji i doświadczeń bardziej pasuje do sprostania wyzwaniom, które spotykamy tu i teraz.

Warto więc postawić przed twórcami takiego dialogu obywatelskiego pytania odważne i zasadnicze, przekraczające unijną rutynę. Jeżeli ten zarys podniesienia rangi dialogu obywatelskiego w Polsce spotka się ze wstępnym uznaniem, to warto na początek sporządzić wstępny katalog takich pytań. Po przedyskutowaniu w gronie programowym, mogłyby stać się wyzwaniem skierowanym do szerszego grona osób, środowisk i organizacji obywatelskich, szczególnie młodzieży.

Nie naprawimy Polski bez udziału młodego pokolenia. To prawda, że jest ono bardziej niż ludzie doświadczeni krytyczne i chętniej występuje przeciw każdej władzy. Ale przyciągnąć je do aktywności i zaangażowania na rzecz Polski i jej przyszłości można nie przez zapewnienie mu bezpieczeństwa socjalnego, a nawet wyższych zarobków i lepszego komfortu życia. Dziś badania społeczne pokazują, że roczniki urodzone i wychowane po 1989 roku w większym niż poprzednie pokolenia stopniu pragną realizować się przez uczestnictwo, przez wpływ, przez podejmowanie wyzwań dających szansę na twórcze wykorzystanie swoich talentów i umiejętności, przez zaistnienie w przestrzeni nie tylko bogactwa i wolności, ale także podmiotowości i rozwoju. Pragną życia ciekawszego, bardziej twórczego, pozwalającego na świadomy współudział w tworzeniu lepszego świata. Szukają szans na wykazanie się swoimi zdolnościami i swoim wkładem twórczym. Jeżeli w tym kierunku będzie szła oferta ustrojowa tworzona w planowanej Radzie Dialogu Obywatelskiego, jeżeli doświadczeni działacze tej Rady i tworzących ją organizacji będą potrafili powiedzieć młodym ludziom – jesteście nam potrzebni, nie damy rady bez waszego zaangażowania, bez waszego rozumienia spraw, bez waszych pomysłów i bez waszego także spojrzenia krytycznego, to choć młodych w Polsce będzie z roku na rok coraz mniej, być może ci, którzy się zaangażują – zostaną i włączą się w budowanie społeczeństwa partnerskiego, opartego bardzo mocno na sile naszej narodowej tradycji, tożsamości wspólnotowej oraz wartościach afirmujących każdą osobę i jej naturalne wspólnoty, których system Objawiony został nam w Ewangelii.

Michał Drozdek

Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

Related Publications

Subscribe to our newsletter

 

Subscribe to our newsletter